Bring Me The Horizon - amo [RECENZJA]

Dodany: 25 sty 2019 13:41
Przez: Patryk Gochniewski
foto: Kerrang!

Szósty album zespołu z Sheffield to zdecydowanie jedno z najbardziej oczekiwanych wydawnictw tego roku. Nic dziwnego. Na następcę "That's the Spirit" przyszło czekać niemal cztery lata. Ale to, co otrzymaliśmy od Anglików... jest nie do opisania. Warto było czekać, chociaż nie da się ukryć, że ta płyta wkurzy bardzo wiele osób. - Jakiś dzieciak w internecie może napisać: "boże, to jest kompletne gówno" - mówi Sykes. - A ja wtedy będę się wściekał: "co za mały gnój!". Dlaczego? Bo zespół jest bardzo dumny z tego, czego dokonał na tym krążku.

Zacznę od tego, że według mnie - i wielu innych słuchaczy czy recenzentów - opus magnum Bring Me The Horizon to "Sempiternal". Płyta niemal wybitna. Szorstka, bezkompromisowa, ale też niezwykle dojrzała. Odbiegająca od prostoty z początku kariery. Oczywiście, duża w tym zasługa Jordana Fisha, który dołączył do zespołu i od razu zaraził resztę umiejętnością tworzenia melodii. To wciąż była ciężka muzyka, ale już na zupełnie innym poziomie - muzyka, która otworzyła BMTH drzwi do świata największych zespołów na ziemi.

Później przyszedł czas na "That's the Spirit". Dużo łagodniejszą, ale wciąż z tym charakterystycznym pazurem. Widać jednak było, że formacja zaczyna eksperymentować. Trochę z popem, trochę z elektroniką. Wiedzieli, że chcą być zespołem, który będzie zapełniał prime time największych festiwali. Musieli więc dojrzeć. Jeszcze bardziej niż na "Sempiternal". I zrobili to - dzięki temu wyprzedali Wembley!

No i zniknęli. Aż w końcu zaczęły się pojawiać jakieś lakoniczne informacje, że coś szykują. Pojawił się singiel "MANTRA", który był jednym z ostatnich przygotowanych na płytę "amo". Singiel bardzo dobry, nawiązujący zarówno do "Sempiternal", jak i "That's the Spirit". Świetny koncertowy szlagier. Następnie zaskoczyli klipem do "wonderful life" z gościnnym udziałem Daniego Filtha. Czyżby zespół wracał do korzeni? Nic bardziej mylnego - kolejne single powodowały, że fani łapali się za głowy. Co to za electro-pop!?

I tu dochodzimy do sedna. "amo" to płyta, nad którą zespół pracował najdłużej ze wszystkich. Rok trwało nagrywanie. Ale nie można być zaskoczonym. Przy takiej liczbie eksperymentów trudno o lepsze tempo. Oli Sykes wyraźnie dogadał się w kwestii tworzenia muzyki z Jordanem Fishem. Przekonali do swojej wizji resztę zespołu i tak powstała najbardziej nieoczywista płyta w dorobku muzyków z Wielkiej Brytanii.

"It's about love and stuff" wielokrotnie stwierdzał Sykes. Słowo amo pochodzi z języka portugalskiego i oznacza miłość. To płyta o uczuciach. Bardzo osobista. Duży wpływ na teksty miał rozwód i ponowne małżeństwo frontmana BMTH, który wyszedł z toksycznej relacji i teraz mówi, że jest najszczęśliwszy w swoim dotychczasowym życiu. To go otworzyło także na tworzenie. I kiedy zbierzemy do kupy te wszystkie eklektyczne single, otrzymamy album... wybitny? Może za dużo powiedziane, ale na pewno powalający. Album, który trzeba słuchać wielokrotnie, aby zanużyć się w jego wszystkich smaczkach i odkryć pełnię brzmienia.

Jest tu dużo elektroniki i popu. Pewnie. Ale nie z gatunku tych bezczelnych, które przyprawiają o mdłości. To są bardzo złożone kompozycje, dopracowane do najmniejszego szczegółu. Jest to płyta, która winduje zespół do absolutnej światowej czołówki (w ogóle, nie tylko rocka), bo daje także możliwości rozbudowania koncertów do rangi multimedialnego teatru. Otwiera przed zdecydowanie szerszą niż dotychczas publicznością. Jednocześnie nie brakuje tu wielu momentów z charakterystycznym wokalem Sykesa. Nieco krzykliwym, pełnym emocji. Ale jest też sporo miejsc, gdzie lider pokazuje, że nauczył się śpiewać. Nawet lepiej niż na "That's the Spirit". I to dało kapitalny efekt, bo wielowymiarowość tej płyty jest namacalna w każdym jej aspekcie (ten ukłon w stronę muzyki symfonicznej w zamykającym album "idon't know what to say" to istny majstersztyk).

"amo" to album eksperymentalny, bez dwóch zdań. To koncept, który nie działa, kiedy słucha się tylko singli. Oni doskonale wiedzieli co robią. Co chcą osiągnąć tą płytą i jak ona ma wyglądać. Na pewno wiele osób, które niemal dostały zawału słuchając singla "nihilist blues", nagranego z udziałem Grimes, po odtworzeniu całości, zmieniły zdanie. Ta płyta me sens. Ta płyta świetnie brzmi. Ta płyta jest po prostu bezczelnie dobra. Podobnie jak bezczelni są muzycy Bring Me The Horizon, którzy - nie bacząc na nikogo - postanowili nagrać takie cudo.

 

Przypisane do Artysty: Bring Me The Horizon , Albumu amo