Łobuzy
Lexy Chaplin
FRIENDZ
To jest opowieść o obietnicy, która zaczęła się niewinnie — słowo dane matce, że nawet jeśli życie będzie wciągać jak bagno, to i tak wyjdzie się na swoje. Pierwszy akapit niesie w sobie ciężar tych dawnych walk, momentów bez koloru, a jednocześnie dumę z tego, co powstało później: własne logo, własna droga, coś, co urosło z niczego. I właśnie dlatego pojawia się pragnienie, by choć na chwilę odłożyć obowiązki, zatrzymać czas, wykorzystać młodość tak, jakby jutro miało nie nadejść. Weekend przeciągnięty do wtorku, świat zamknięty w czyimś oku — to głód życia, które wreszcie stało się lekkie.
Drugi akapit przenosi ciężar w stronę działania — tu marzenia nie są już mgłą, ale surowcem do obróbki. To moment, w którym jawa staje się marzeniem, a marzenie rzeczywistością. Bohaterka przyznaje, że może to wszystko jest „chore”, bo nie wie, jak przestać gonić, tworzyć, zmieniać. Rzeczy idą w zera, wokół słychać „nigdy się nie zmieniaj”, a dawne fantazje — jak marzenie o S-klasie — stają się tylko przystankiem. I w tym wszystkim zostaje otwarte pytanie, najbardziej elektryzujące: jeśli już tyle się spełniło, to co jeszcze jest przed nami?